Nigdy nie miałam okazji mieszkać ze starszymi ludźmi. Babcia była niby blisko, ale nie na co dzień. Cotygodniowe wizyty, wspólne obiady i rozmowy to nie to samo, co wspólne mieszkanie.
Życie po 60tce obserwuję od jakiegoś czasu. Taki jest średni wiek mieszkańców na mojej klatce. Tak przynajmniej mi się wydaje. Młodzieżówki albo tu nie ma, albo skutecznie się ukrywają. Albo zwyczajnie mijamy się i nie miałam okazji nikogo poznać. Mniejsza z młodymi. Z mojej kilkumiesięcznej obserwacji wynika, że funkcjonuje tu sąsiedzka grupa wsparcia. Jeśli jedna z pań piecze rogaliki, to dzieli się nimi z sąsiadami (rogaliki bardzo dobre :) ). Inna zbiera listę zakupów i dostarcza pod drzwi, kto co zamówił. Gazety krążą w tempie zaskakującym. Rachunki płacone grupowo przez jednego przedstawiciela. Coś się popsuje? Pół godziny i ustalona jest godzina wizyty i naprawy. Wizyta u lekarza? Żaden problem, załatwiona przy okazji. Ogłoszenia parafialne przekazywane drogą telefoniczną...
Może to i dziwne, ale miło, że w tych poplątanych czasach są jeszcze ludzie, którzy potrafią tak bezinteresownie sobie pomagać. Każdy daje coś od siebie. Prosto i zwyczajnie. Bez zawiści.
I spokój tych ludzi. Jakby pogodzonych z tym, że każdy dzień może być ostatnim.
wow, zaufanie spoleczne. straszna rzadkosc!
OdpowiedzUsuń