Podróżuję PKS i PKP już od...7 lat. Wole nie myśleć ile czasu zmarnowałam na dworcach, przystankach i siedząc w szczerym polu. Pewnie parę dni by się uzbierało.
Ale takich numerów jak dziś jeszcze nie widziałam. Na spóźnienia, trudności i złości byłam przygotowana. Ba, nawet wcześniej się spakowałam i przedostałam na dworzec nr 1. Tu piękna niespodzianka 5 minut spóźnienia, miejsca siedzące. Luksus. Dalej było gorzej, bo 40 minut w plecy, później 60. Po 15 min. się okazało, że już jedzie i ma być na 1, za chwile mówią, że jednak będzie na 3 (cały czas spokojnie przedzieram się z plecakiem, torbą raz tu, raz tam). Pociąg wjeżdża na...1, (no to znowu ślizgiem)tłum się gapi, bo to przecież nie ten. Weterani podróżujący pkp z ślizgiem wsiadają(ja z nimi, bo to przecież ten). Miła pani w przedziale informuje mnie, że ten pociąg to już dalej nie jedzie (miała informacje z pierwszej ręki czyli okienka zapytań i zażaleń). Gwizdeczek, pociąg rusza, po ujechanym niecałym kilometrze pociąg się zatrzymuje, wsteczny i wracamy na dworzec...to tylko zmiana peronu na ten 3. Gapiący się wcześniej dosiadają się. I tak sobie stoimy...i przepuszczamy jeden, przepuszczamy drugi, przepuszczamy trzeci...mija 40 minut, gorąco jak w piekle, WSSW na kolanach, angielski po prawej, sudoku przede mną. 95 km, 4,5 h. Sielsko - anielskie popołudnie niedzielne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz